Klasa 2a podczas trzech ostatnich dni maja podjęła próbę regeneracji sił przez udział w wycieczce do Wrocławia. Regeneracja nie do końca wyszła, ponieważ wyjazd okazał się mocno angażujący wszystkie sfery – fizyczną, umysłową oraz duchową, przy czym ta ostatnia zyskała najwięcej – ale z pewnością wszyscy złapali oddech po długodystansowym biegu z przeszkodami w postaci kartkówek, sprawdzianów, odpytywań i innych szkolnych atrakcji.

W poniedziałkowy poranek niemal w komplecie zebraliśmy się w tradycyjnym miejscu zbiórek Nazaretu, gdzie czekaliśmy na autokar i kierowcę, którzy –jak się okazało – byli tam od dawna. Wszystko się wyjaśniło, gdy dotarła do nas nasza Pani Agnieszka – pilot wycieczki. Po zajęciu przez nas miejsc, s. Kinga, Pani Maria i Pan Jakub ogarnęli sprawy organizacyjne i po modlitwie i „dekalogu” na drogę wychowawczyni ruszyliśmy w kilkugodzinną podróż. Niektórzy próbowali dosypiać, niektórzy czegoś słuchali, inni próbowali się integrować, co utrudniały siedzenia. We wczesnych godzinach popołudniowych byliśmy w skąpanej w słońcu stolicy Dolnego Śląska. Po kilkuminutowym oddechu w cieniu zostaliśmy przejęci przez miejscowego przewodnika, który z ogromną werwą przeciągnął nas po Ostrowie Tumskim i po Starym Mieście w poszukiwaniu śladów baroku w architekturze i sztuce. Chyba nigdy tak ochotnie jak wtedy nie zwiedzaliśmy kościołów – ponieważ żar wprost lał się z nieba, był to cudowny moment schłodzenia rozgrzanych organizmów. Katedra zachwyciła nas nie tylko chłodem, podobnie jak kościół na Piasku. Po kilkugodzinnym siedzeniu w autokarze, kilka godzin biegania po mieście w upale dało się nam we znaki, więc z radością powitaliśmy półgodzinny wykład w Auli Leopoldyna. Nie mniej ucieszyła nas wizyta we włoskiej lodziarni.

Trzeba dodać, że motywatorem do podążania za przewodnikiem były wrocławskie krasnale. W ogóle pierwsze dwa dni upłynęły nam w ich przesympatycznym towarzystwie. Maszerując ulicami Wrocławia w strumieniach żaru lejącego się z nieba wypatrywaliśmy oczy, by odszukać jak najwięcej figurek o prześmiesznych nazwach, o których opowiadał nam pan przewodnik.

Plany na wieczór musiały zostać zmienione, ponieważ jadąc autokarem na spotkanie z tańczącymi fontannami, zostaliśmy zaskoczeni taką pompą z nieba, że dziękowaliśmy Bogu, iż byliśmy w autokarze. To prawdziwe oberwanie chmury. W sumie wyszło nam to na dobre, ponieważ w hotelu w Oleśnicy o wdzięcznej nazwie „Perła” okazało się, że prócz szklanki soku do picia nie ma nic, mieliśmy czas na eskapadę do miejscowego Lidla. Obładowani butelkami z piciem wstąpiliśmy do kościoła, który mimo późnej pory 21.00 był otwarty, bo trwało spotkanie jakiejś grupy modlitewnej. Nasza wychowawczyni porozmawiała z proboszczem i po tymże nabożeństwie mogliśmy także i my odprawić nabożeństwo majowe.

Nie trzeba nadmieniać, że noc była krótka, bo pobudka była już o 7.15.

Drugi dzień był wypełniony jeszcze bardziej niż pierwszy. Od świtu czyli od 8.00 byliśmy już w drodze do Wrocławia, gdzie na pierwszy rzut poszło Afrikarium i Ogród Zoologiczny. Po wspólnym zwiedzaniu Afrikarium każdy zwiedzał pozostałe atrakcje w swoim tempie. Niektórzy podziwiali zwierzęta, inni smakowali lody i zimne napoje, niektórzy łączyli obie te czynności.

Później przyszedł czas na podziwianie bogatej flory zgromadzonej w Ogrodzie Botanicznym. Po niejednej sesji zdjęciowej na tle kaskad i kwitnących cudnie krzewów, popędzani zbierającymi się czarnymi chmurami przechodziliśmy żwawo na kolejny punkt programu do Muzeum Pana Tadeusza w Rynku. Niestety, nie dość żwawo i po dwustu metrach od ogrodu lunęło z taką mocą, że najlepsze peleryny nie uchroniły nas od zmoknięcia. Nie dość tego, do obfitych strug deszczu dołączyły groźne pomruki nadciągającej burzy. Stanie pod drzewem nie było dobrym pomysłem, więc opracowaliśmy naprędce plan poruszanie się metodą „od parasoli do parasoli”, które na nasze szczęście były porozstawiane przy wielu kawiarniach i restauracjach. Wszystko szło doskonale dopóki nie zaczął sypać grad. Wówczas nasza wychowawczyni wcisnęła naszą trzydziestkę do najmniejszej chyba kawiarni w mieście, ale akurat ona była najbliżej. Właścicielka nie była zachwycona naszą „wizytą”, ale nie wypędziła nas dopóty, dopóki nawałnica nie ustała. Dalszy bieg między kroplami deszczu była fascynującą zabawą, wszak i tak byliśmy jak stadko zmokłych kurczaków. Na szczęście w muzeum mogliśmy wyschnąć. Ekspozycja była zachwycająca i aż szkoda, że tak szybko musieliśmy się zbierać. Przy okazji mogliśmy się – nie pierwszy i nie ostatni raz podczas tej wycieczki – popisać naszą wiedzą historyczną.

Około 17.00 zjedliśmy obiad i Siostra wyprowadziła nas na Rynek, gdzie w końcu mogliśmy zakupić pamiątki i oddać się zakupowemu szaleństwu. Czekała nas jeszcze Panorama Racławicka… Wprawdzie nogi nam już odpadały, ale całkiem dzielnie podrałowaliśmy do słynnej rotundy, by podziwiać dzieło mistrzów pędzla. Tym razem pogoda wieczorem byłą stabilna, wiec po obejrzeniu Panoramy pojechaliśmy pod Halę Stulecia, by przez 45 minut się integrować, oczekując na pokaz muzyki i światła przy tańczących fontannach. Dodatkową atrakcja były walki z komarami… Trup słał się gęsto, ale i bąbli trochę nam wyskoczyło.

Do hotelu w Oleśnicy przyjechaliśmy o tak nieludzkiej porze, że opiekunowie nie musieli nas specjalnie zachęcać do zażycia kąpieli i odpoczynku. Choć nocne Polaków rozmowy trwały dość długo.

Trzeciego dnia nie zrywaliśmy się bladym świtem, bo program był tym razem ludzki i spokojnie mogliśmy się spakować, zjeść śniadanie, by na 11.00 dojechać do Ostrzeszowa, gdzie w pobernardyńskim kompleksie zakonnym Siostry Nazaretanki z Prowincji Warszawskiej mieszkają, prowadzą przedszkole i przyjmują turystów pragnących zachwycać się jedną z perełek polskiego baroku.

W Ostrzeszowie „wpadliśmy” w ręce s. Agaty – rewelacyjnego przewodnika. Najpierw urządziła nam wykład, na którym panowała taka cisza i skupienie, o jakie tylko na chemii możemy się pokusić J, a potem pociągnęła nas na klasztorny ogród i do podziemi, gdzie widniały prawdziwe trumny! Był też czas na mały posiłek w klasztornej altance a na koniec zwiedziliśmy kościół i kawałek klasztoru. Na koniec obejrzeliśmy anielską wystawę i wylosowaliśmy myśli związane z Aniołami.

Po wspólnym zdjęciu i długo trwającym pożegnaniu z s. Agatą udaliśmy się w stronę Kielc. Nie omieszkaliśmy po drodze wstąpić do McDonalda, bo przecież tachometr i tak nakazywał się zatrzymać J

Z małym poślizgiem względem planu wróciliśmy do naszych stęsknionych rodziców i zadowoleni, choć nieludzko zmęczeni udaliśmy się na spoczynek do naszych domów. Przecież czekały nas jeszcze ostatnie dni walki o oceny.

29-31.05.2017 Klasa 2a na tropach baroku